Bez miłości nie ma wiary – jest tylko strach

konfesionałDzisiejsza liturgia słowa: 2 Sm 12,1.7-10.13; Ga 2,16.19-21; Łk 7,36-8,3

Słowo Boże z ogromną stanowczością stawia nam pytanie (dla niektórych może to być wyrzut): czy kocham Boga? Jezus mówi o miłości płynącej z przebaczenia: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. (…) Komu mało się odpuszcza, mało miłuje”. Dawid, wiedziony pożądaniem, misternie zaplanował zbrodnię, by posiąść kobietę. Gdy jego grzech wyszedł na jaw, gdy go poznał, wyznał swoją winę przed wysłannikiem Boga i otrzymał przebaczenie. Dość suchy przekaz tego wydarzenia nie oddaje tego, ale dalsza lektura Drugiej Księgi Samuela pokazuje, że nawrócenie Dawida było szczere i autentyczne, że bardzo ukochał Boga. A my? Ilekroć przychodzimy do spowiedzi, wyznajemy szczerze swoje winy i równie szczerze za nie żałujemy, kiedy autentycznie chcemy podjąć poprawę i ją podejmujemy (z różnym skutkiem, ale jednak staramy się), wtedy cała nasza wina zostaje nam darowana, przebaczona. Po prostu. Z miłości do nas. Tu pytanie: jak przekłada się to na moją miłość do Boga? Czy jestem odważny w tej miłości, by wyznawać ją otwarcie przed ludźmi? Czy nie jest tak, że wielu z nas przychodzi raz, lub dwa razy do roku do spowiedzi z poczuciem odbębnienia obowiązku, i odchodzi z ulgą, że na kolejny rok, lub kilka lat znowu spokój…? Ilu z nas mówi: nie chodzę do spowiedzi, bo nie mam się z czego spowiadać, ja nie mam grzechów? Czy takie myślenie nie jest przejawem mojej pychy, znieczulonego sumienia, ślepoty duchowej albo niezrozumienia istoty sakramentu spowiedzi i samego faktu, że jestem stworzeniem grzesznym? Czy to nie świadczy o tym, że straciłem sprzed swoich oczu Boga? Tymczasem doświadczenie Kościoła pokazuje, że im człowiek świętszy, tym większym grzesznikiem się czuje. Coraz bardziej bowiem uświadamia sobie, że jest stworzeniem grzesznym i niedoskonałym wobec Boga oraz to, czego Bóg dokonał z miłości do niego, że posłał swojego Syna na świat, który samego siebie wydał za niego.

Wszyscy grzeszymy! Papież, biskup, kapłan, osoba zakonna, starzec i dzieci, młody i dojrzały. Wszyscy potrzebujemy Bożego miłosierdzia, które nas zbawia. Jeżeli zatem mówię sobie, że nie mam grzechów, to znaczy, że jestem jak ten faryzeusz, który nie potrafił zrozumieć gestów miłości zrozpaczonej kobiety, a który potrafił tylko wytykać, kto jakim człowiekiem jest, nie widząc nic złego w sobie. To znaczy, że tak faryzeusz nie rozumiem Miłości! Tej Miłości, która płynie z krzyża. Trzeba mi zatem ponownie odrobić zadanie domowe, jakim jest odnowienie mojej wiary, np. poprzez rekolekcje (wakacje to doskonały czas na kilka dni ciszy, modlitwy, skupienia i samotności przeżywanej z Bogiem). Bo bez Miłości, nie ma chrześcijaństwa, nie ma wiary. Jest tylko strach i lęk albo obojętność. A wtedy faktycznie, Chrystus umarł na darmo…