Bo tu chodzi o miłość i o krzyż!

Prawda w JezusieDzisiejsza liturgia słowa:  Mdr 9,13-18b; Flm 9b-10.12-17; Łk 14,25-33

Kolejny raz Słowo Boże stawia nas w świetle trudnej prawdy, domagając się jej odważnego podjęcia. Tydzień temu padło pytanie o mój stosunek do samego siebie (czy nie jestem pysznym i zarozumiałym egoistą) oraz w tym kontekście o moje zaufanie do Jezusa i Jego Kościoła. Dziś Chrystus pyta o moją relację z drugim człowiekiem, z bliskimi mojemu sercu.

Szły za Nim wielkie tłumy, podobnie jak i my licznie zgromadziliśmy się w naszej świątyni. Ale co z tego, skoro większość, jeśli nie każdy z nas przychodzi wciąż o coś prosić: „Panie Jezu proszę za moje dzieci…”, „Jezu, daj mi zdrowie…”. Jezu daj, daj, daj… Podobnie jak te tłumy w Ewangelii. Chrystus doskonale wiedział, co kryło się w ich sercach. Wiedział, że nie idą za Nim z miłości do Niego lecz po to, by odzyskać zdrowie, by prosić o coś dla tych których kochają, by znów nakarmić się do syta cudownie rozmnożonym chlebem, by zobaczyć jakiś znak… Stąd twarde i radykalne słowa Chrystusa: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Ilu z nas, przychodząc w niedzielę do kościoła na Mszę Świętą, by wejść w to, co Kościół ma najcenniejszego – w jedność z Chrystusem, choć raz powiedziało Mu: „Jezu, kocham Cię”…? Ilu z nas przychodzi wciąż prosić i prosić, ale nie daje swojej miłości…? I tu nie chodzi o to, że te nasze prośby są czymś złym, wręcz przeciwnie, są przejawem naszej miłości do tych, których kochamy, zaś sam Jezus chętnie uzdrawiał, był hojny. Chodzi o to, że te potrzeby często nas zaślepiają. Jesteśmy tak przejęci tym wszystkim, że znika z naszego życia miłość do Chrystusa, a Bóg staje się dla nas koncertem życzeń. Wierzący katoliku, ożyw najpierw swoją wiarę miłością do Boga, wyznaj Mu ją, a potem proś. Co to za wiara, która nie wyraża się w miłości, i miłość, która nie wyraża się w czynie? To właśnie w takim kontekście Chrystus wypowiedział słowa: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię (J 14,12-14). Wyrzec się wszystkiego, co przeszkadza mojej relacji z Bogiem. Nie można być prawdziwym uczniem Chrystusa, synem lub córką Kościoła, jeśli nie będziemy potrafili znienawidzić wszystkiego, co oddala mnie od Boga, oraz nie będziemy chcieli podjąć naszego krzyża. „Wysokość Krzyża jest miarą Bożej miłości” (Benedykt XVI). A jaki jest mój krzyż? Czy w ogóle, go podejmuję? Jaka jest miara mojej miłości do Boga…?

Ale na tym nie koniec… Nie omówienie całej dalszej części dzisiejszej perykopy ewangelicznej byłoby jakimś dziwnym skrzywieniem jej przesłania (oprę się tu na jednym z kazań). Jezus używa dwóch obrazów: człowieka, który buduje wieżę i oblicza, czy stać go na jej wykończenie oraz króla, który zastanawia się czy w dziesięć tysięcy żołnierzy pokona tego, który nadchodzi z dwukrotnie silniejszą armią. To jest o nas! O nas, którzy wybiórczo traktujemy Chrystusa i Jego nauczanie, którzy wybieramy sobie, to co dla nas wygodne i przyjemne, a wszystko pozostałe odrzucamy. To jest o nas, którzy w ten sposób tworzymy sobie karykaturę Boga, tworzymy sobie bożka i jako bałwochwalcy oddajemy mu cześć. A to nie jest chrześcijaństwo! Nie jesteśmy wtedy uczniami Chrystusa. Bo On domaga się konkretnej decyzji, która będzie się przejawiała w konkretnych wyborach jakich codziennie dokonuję. Albo przyjmuję całość: Chrystusa i całe Jego nauczanie albo nic. Wszystko inne, to są jakieś elementy, półśrodki, które nie mają za celu postawienie Boga na pierwszym miejscu ale ich celem jest moje dobre samopoczucie. I dlatego taki „chrześcijanin” (a bardziej już ochrzczony poganin) zacznie budować wieżę swojego życia „chrześcijańskiego” ale jej nie wykończy, bo nie ma materiałów. Nie przyjął za swoje tego wszystkiego, czego nauczał Chrystus, nie przyjął Chrystusa i nie postawił Go na pierwszym miejscu w swoim życiu.

Taki człowiek, pół chrześcijanin, czczący swoje wyobrażenie Boga, dostosowane do poziomu swojego życia nie będzie także potrafił walczyć. Zawsze będzie stał na przegranej pozycji, gdyż odrzucił całość nauczania Chrystusa, a więc wszystkie narzędzia potrzebne do duchowych zmagań, zadowalając się tylko ich namiastkami, podróbkami albo tylko ich częścią. To ciągłe stawianie sprawy: „Chrystus tak, ale nie wszystko akceptuję, co mówi” = „Chrystus tak, Kościół w zasadzie też ale nie wszystko, co Kościół mówi” sprawia, że przegrywamy w walce o naszą duszę z szatanem. A Bóg nie będzie wspomagał człowieka, który idzie drogą ku zagładzie. Bóg będzie starał się i będzie walczył o to, by ten człowiek zawrócił z tej drogi, by się nawrócił… a to bywa bardzo bolesne.

Ale żeby tak postawić sprawę mojego bycia uczniem Chrystusa trzeba się wyrzec wszystkiego, co posiadam, tzn. mieć na względzie zawsze jedną podstawową kwestię. Chrystus musi być na pierwszym miejscu. Dopiero patrząc z tej perspektywy na swoje życie, tzn. z Jego perspektywy i przez Niego dostrzegamy, co tak naprawdę w naszym życiu jest najważniejsze, jesteśmy w stanie przewartościować nasze życie i poukładać hierarchię wartości na sposób w pełni chrześcijański, na sposób Chrystusowy. I niby jest to bardzo oczywiste, lecz praktyka życia pokazuje jak bardzo trudne. I Mądrość, która wyprostowała drogi naszego życia (odsyłam do pierwszego czytania), ten Duch Boży, który został nam dany właśnie po to, by tak realizować życie i dążyć do świętości okazują się bezużyteczne, padają ofiarą matactw, kłamstw, wybiórczości i wygodnictwa, dwulicowości i ostatecznie relatywizmu. I zamiast Chrystusa, wygrywa w naszym życiu diabelska potrzeba wygodnego życia, w którym wybieramy z Chrystusa, co nam się podoba, zagłuszając w ten sposób wyrzuty sumienia i – mówiąc brzydko (cytuję) – „wycierając sobie mordę Bogiem”.

Jakże daleko nam do św. Pawła, który nawet będąc w kajdanach więziennych potrafił z miłością właściwą Duchowi Bożemu i pokojem płynącym z pustego grobu pisać do Filemona o swoim słudze i pomocniku – Onezymie. Jakże on jest w tym wszystkim, co przeżywa wolny… Dostrzegacie to? To właśnie oznacza wyrzec się wszystkiego dla Chrystusa, a wszak Pawłowi w ostatecznym rozrachunku nigdy nic nie brakowało…

W całym tym kontekście widać wyraźe, że Zbawienia nie osiąga się półśrodkami! Półśrodki stosuje bowiem szatan, pozorując dobro. Tylko Chrystus i cały Chrystus!