Bóg przychodzi wtedy, kiedy tego nie chcemy

Spotkanie Boga z AbrahamemMimo, że od niedzieli minęło już trochę czasu, to jednak wciąż rozbrzmiewa we mnie liturgia słowa oraz kazanie wygłoszone przez młodego kapłana, misjonarza pracującego na Ukrainie, a którego parafia liczy zaledwie 150 osób. W drodze powrotnej postanowiłem opisać swoje spostrzeżenia, ponieważ – zresztą jak zawsze – Słowo Boże okazuje się niezwykle bogate w symbolikę, której niektóre elementy spróbuję w tym rozważaniu przedstawić.​

Mamy przed sobą Abrahama, który kolejny raz dowiedzie, że słusznie jest nazywany przez nas ojcem wiary. Jego postawa wobec nawiedzającego go Boga w postaci trzech osób, staje się syntezą problemu jaki spotykamy w Ewangelii, a który wyjaśnia Chrystus. Jednak od początku. Bardzo wymowne jest, że Bóg przychodzi do swojego sługi, do człowieka w najgorętszej porze dnia. Objawia się mu w postaci trzech strudzonych wędrówką, spragnionych i głodnych osób.

Najgorętsza pora dnia to taka, w której człowiek chce i odpoczywa po trudach dotychczasowej pracy, w której życzy sobie (i słusznie, ma prawo) świętego spokoju, ciszy, relaksu, może samotności ze słuchawkami na uszach, czy z książką w rękach albo drzemki u wejścia do namiotu pod dębami Mamre. W przedszkolach i domach młodsze dzieci leżakują albo śpią, gdzieś tam trwa sjesta, młodzież gra na komputerach albo ma długą przerwę od szkolnych zajęć. Nie ma chyba człowieka, który w najgorętszej porze dnia nie szukałby chwili oderwania, relaksu, świętego spokoju od obowiązków (nawet jeśli np. wykonywana praca na to nie pozwala). To właśnie w taką nieznośną godzinę wkracza Bóg. Przychodzi jako ktoś, kto zakłóca ten nasz święty spokój (zmęczony, spragniony, głodny).

Naprawdę krok już jest z tego miejsca (i wykonam go), by zastanowić się, czy nasza dzisiejsza sytuacja społeczna nie przypomina najgorętszej pory dnia. Pytam o to z pełną premedytacją. Społeczeństwa Europy, my wszyscy staliśmy się ludźmi żyjącym w dobrobycie, bywa że przepychu, odpoczywamy po trudach pracy, która nam ten dobrobyt zapewniła (choć historia stwierdza jasno, że pomyślność Zachodu jest zbudowana na wyzysku). Chcemy z niego korzystać – i słusznie, mamy prawo. Domagamy się świętego spokoju, ale w tym współczesnym dążeniu tak naprawdę nie odnajdujemy już relaksu lecz izolację. Tu rodzi się pytanie: czy faktycznie szukamy odpoczynku, czy izolacji? Samotność ta staje się zaborcza i chorobliwie zazdrosna. Niszczy nas egoizm. Stajemy się jak małe dzieci, które nienauczone jeszcze życia w społeczności, nie chcą dzielić się zabawkami z innymi dziećmi, przychodzącymi do jednej piaskownicy. Ale to oznacza jedno – cofamy się w rozwoju! Właśnie w tę naszą sjestę wchodzi Bóg, ukazuje się w ludzkiej postaci: zmęczony wędrówką, spragniony, głodny.

Teraz przejdźmy do Ewangelii. Chrystus przychodzi do domu Marty i Marii zmęczony, spragniony, głodny. Przychodzi, by nauczać. Chyba w każdym kościele zabrzmiała homilia o tym, że trzeba nam znaleźć złoty środek między modlitwą (postawa Marii) oraz pracą (postawa Marty). Ale w ilu homiliach padło zdanie o tym, jak ten złoty środek znaleźć? Chrystus powiedział: "troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego". Mało albo tylko jednego. Słowa Chrystusa zdają się wyraźnie pokazywać, że Marta – owszem – winna przygotować ale tylko to, co niezbędne konieczne, by zaraz potem usiąść obok Marii i słuchać słów Mistrza. Ale nie tylko to. Słowa Jezusa doskonale oddają postawę Abrahama.

Ojciec wiary w najgorętszej porze dnia odpoczywa, lecz nie zamyka swojego serca, czuwa, dostrzega trzech wędrowców i wychodzi im naprzeciw. Czy faktycznie rozpoznał w nich przychodzącego Pana? Wydaje się, że tak, wszak było ich trzech, a gospodarz zwracał się do nich w liczbie pojedynczej. Dalej Abraham pokłonił się im głęboko i… zaproponował działanie. Zapytał, czy może uczynić dla nich to, co godziło się uczynić dla strudzonych przybyszów. Znamienne, że dokonała się tu swoista zamiana ról. Abraham nie zachowuje się jak gospodarz lecz jak sługa. Otrzymał pozwolenie, które pospiesznie wykonał. Wiedział, że Pan, który przyszedł nie może czekać. Przyniósł im wszystko, co zostało przygotowane "i stał przed nimi pod drzewem". Robił to, czego zabrakło w postawie Marty.

Z postawy Abrahama można wyciągnąć dla siebie konkretną lekcję, która zdaje się być swego rodzaju podpowiedzią, czy też odpowiedzią na pytanie, jak znaleźć złoty środek między modlitwą i pracą.
– Postawa czuwania pomimo najgorętszej pory dnia. Otwartość i gotowość do działania, gdy jest taka potrzeba;
– pytanie o Bożą wolę przed działaniem (modlitwa o wypełnienie tylko i wyłącznie woli Bożej w tym, co będę czynił);
– wykonanie wszystkiego pośpiesznie lecz dokładnie (Abraham osobiście zleca, by wybrać najczystszą mąkę oraz wybiera tłuste i piękne cielę). Spotkanie z Bogiem, by wydało owoce domaga się współpracy, wysiłku człowieka pomimo najgorętszej pory dnia, pomimo tego, że mi się nie chce, jestem zmęczony i rozdrażniony;
– modlitwa (słuchanie Pana – tu rodzi się dialog i obietnica).

A teraz do dzieła! Okazji do uczenia się z przykładu Abrahama nie zabraknie. Wszak  – św. Paweł wyraźnie stwierdził – Chrystus jest pośród was!