Camino to walka z samym sobą

walka z samym sobą

Bardzo ważne miejsce na drodze do Santiago de Compostela, na każdej drodze, którą pokonuje się pieszo, a także na tej życiowej wędrówce zajmuje walka (chyba w każdym znaczeniu tego słowa). Ma ona potrójny wymiar: walka z samym sobą, z drugim człowiekiem i z Bogiem. Chciałbym skupić się na pierwszej z nich.

110 dni marszu to, czas przepełniony ogromem przeżyć, którym towarzyszył cały wachlarz emocji i uczuć. Były dni, w których marsz sprawiał ogromną radość i nie było nawet mowy o jakimkolwiek zmęczeniu, zdawało mi się wręcz, że frunę tuż nad ziemią. Był czas totalnej posuchy i obojętności. Szedłem przed siebie nie czując kompletnie nic. Ale były także momenty, kiedy mięśnie stawały się twarde jak kamień, każde sto metrów to ostra walka z bólem i zniechęceniem, kiedy ciało i psychika mówią stanowcze: „Nie! Dość! Koniec!”. Zostaje tylko duch (i to też nie zawsze), który sam walczy. Nie ma tu znaczenia to, jak bardzo jesteś wysportowany i wytrzymały kondycyjnie. Pierwsze dwa tygodnie marszu to będzie (mówiąc brzydko) zdychanie z bólu do momentu, aż złamiesz własne ciało, opór jaki stawia, także ten psychiczny i duchowy. To ważny moment, bowiem, gdy później przyjdą kolejne kryzysy, to doświadczenie będzie bazą, która pozwoli je pokonać.

Bardzo dobrze pamiętam mój 22. dzień drogi. Miałem dotrzeć do Pasawy w Niemczech. 41 km morderczego marszu w nieznośnym upale, często po asfalcie i betonie. Do tego nieprecyzyjne oznakowanie dróg, które zamiast przybliżać mnie do miasta poprzez zmniejszanie wartości liczbowej na znacznikach odległości, w miarę jak posuwałem się naprzód pozostawała ona taka sama. I tak na 17 km przed rogatkami metropolii minąłem znak informujący o takim dystansie do pokonania, jednak dwa kilometry dalej, na kolejnym znaku wciąż było 17 km. To sprawiło, że zaczęła rosnąć we mnie frustracja. Dopiero widok i „spacer” brzegiem pięknej rzeki Inn załagodził atmosferę. To jednak nie koniec. Również tego dnia moje ciuchy dały mi popalić. Na około 6 km przed celem mojej wędrówki myślałem, że wyjdę z siebie i stanę obok. Absolutnie wszystko, co tylko mogło zatarło się. Ogromny ból w pachwinach, próbowałem rozpaczliwie zmniejszyć ciągłym poprawianiem spodni i koszulki. Nadaremnie. Wszystkie te czynniki sprawiły, że po wejściu do centrum straciłem tak potrzebną koncentrację i zabłądziłem. Małe, wąskie uliczki mimo, że bardzo urokliwe i klimatyczne nie napełniały mnie jakimś specjalnym optymizmem. Wręcz przeciwnie. Kończyła mi się cierpliwość. Gdyby nie życzliwy uśmiech i pomoc pewnego starszego pana, jeszcze długo błądziłbym wśród niezliczonych tłumów turystów i miejscowych, którzy z nieukrywanym zaciekawieniem przyglądali się mojej osobie. Myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy tego dnia, było mi wszystko jedno. Bardzo się myliłem. W mojej relacji z tego dnia napisałem:

„Ostatni kilometr, to była naprawdę stroma i ostra wspinaczka do kościoła Matki Najświętszej i klasztoru Paulinów. Na widok tej góry aż zbladłem. Za mną 40 km, jestem wykończony i wkurzony, boli jak cholera i jeszcze to monstrualne wzniesienie…!!! Wiedziałem, że na górze czeka Matka. Powiedziałem: "dla Matki" (tej niebieskiej ale i tej ziemskiej). Ruszyłem. Miałem świadomość, że jak się zatrzymam, to będzie koniec. Silniki samochodów jadących powoli pod górę wyły niemiłosiernie. Tylko ja szedłem. Im wyżej, tym coraz bardziej stromo. Asfaltowy rozgrzany chodnik palił po stopach. Ból straszny. I zmęczenie. Szedłem coraz wolniej i ciężej i krzyczałem i stękałem i wzdychałem na głos… ryk samochodów wszystko stłumił. Ale udało się, doszedłem na górę. Wszedłem do kościoła. Już nie było we mnie gniewu i zniecierpliwienia. Tylko zmęczenie, i wdzięczność, że na dziś koniec. Wtedy zrozumiałem po co zbudowali tak wysoko ten kościół”.

Dziś mogę dopisać, że ten kościół zbudowano setki lat temu na tej górze właśnie dla mnie, dla tej konkretnej chwili, i bynajmniej nie jest to przejaw jakiegoś egoizmu z mojej strony.

Takich dni było dużo więcej, chociażby dzień 28. i bardzo trudna wspinaczka do austriackiego Kitzbühel, zakończona uroczystą kolacją w wykwintnej restauracji drogiego hotelu, na koszt mojego dobroczyńcy Peggo. Dzień 32. i ostra wspinaczka na szczyt St. Pöltner Hütte (2481 m n.p.m.). Dzień 40. i kryzys pod skoczniami narciarskimi we włoskim Predazzo. Wtedy miałem autentyczną ochotę tym wszystkim rzucić i po prostu wrócić do domu. Czara goryczy przelała się we mnie. I dobrze, bo to oznacza, że wiadro mojego życia nie jest jeszcze tak bardzo podziurawione, że jest mi już naprawdę wszystko jedno. Targały mną ogromne wątpliwości, a pytania typu: „No i po co Ty właściwie idziesz? Nic ci to nie da!” doprowadzały do łez. Zrozumiałem wtedy coś bardzo ważnego: sam sobie nie poradzę. Napisałem wtedy o tym, napisałem, że potrzebuję wsparcia, pomocy. Nie zawiodłem się. Modlitwa wielu oraz dobre słowo nie sprawiły, że te wszystkie niedogodności ustąpiły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie, życie to nie magia. Wręcz przeciwnie, bywały momenty kiedy one się nasilały. Jednak duch się uspokoił, wola dalszego trwania na raz obranej ścieżce umocniła się. Tym sposobem poniekąd byłem popychany do przodu, aż do momentu kiedy ciało i psychika poddały się, ich opór został złamany, a zasłona bólu opadłszy odsłoniła wieniec zwycięstwa. Tego dnia nauczyłem się dobitnie kilku ważnych rzeczy. Pierwszą jest, że w czasie kryzysu człowiek często gubi drogę do tego wewnętrznego pragnienia, by iść dalej. Bywa, że w swojej pysze nie widzi nawet potrzeby pomocy z zewnątrz. Przegrywa. Sukces zawsze ma wielu ojców i wiele matek, porażka zaś bywa sierotą. Druga jest taka, że wspólnota, czyli Kościół, są tym miejscem, tą rzeczywistością, która może i jest w stanie tej pomocy udzielić. Nie wolno bać się prosić. Nie wolno bać się pomagać (czystość intencji obu stron Bóg osądzi i odpłaci każdemu według faktycznych zasług). Trzecia, najważniejsza, że Bóg zawsze czuwa, jest obecny, i w jakimś wymiarze pomaga i niesie ten trud. Znamienne było to, że tego dnia swój marsz rozpocząłem i zakończyłem Mszą Świętą. To On przygotowuje do podjęcia trudu, On przez ten trud przeprowadza (nawet jeśli nie czuje się Jego obecności) i po jego ukończeniu nagradza, a nagrodą jest On sam. Prawdą (choć nie do końca) okazuje się oklepane już hasło, że Bóg nigdy nie nakłada na człowieka ciężaru, którego nie potrafiłby unieść. Brakuje tu wspólnoty. Bóg nigdy nie nakłada na człowieka ciężaru, którego on lub oni (on + wspólnota) nie potrafiliby unieść.

Nie poddawaj się. Gdy trzeba, odpocznij, ale walcz do końca! Pamiętaj jednak proszę, że są rzeczy, których samemu zrobić się nie da. Trzeba prosić o pomoc. Bywa, że to boli, wręcz upokarza. Lecz prócz urażonej dumy nie tracisz w ten sposób nic, a możesz zyskać wszystko.

Odwagi!