Camino znaczy Droga. O moim wędrowaniu

Camino znaczy Droga

Za trzy miesiące minie rok, odkąd wyruszyłem w podróż mojego dotychczasowego życia. Camino de Santiago stało się ważną cezurą oddzielającą niejako moje dawne życie od tego, co dzieje się po powrocie do domu. Z każdym kolejnym tygodniem przekonuję się jednak, jak ogromny wpływ wciąż ma na mnie to wydarzenie. Co rusz odkrywam w sobie nowe przestrzenie domagające się jakiejś formy zdefiniowania, czy uporządkowania, co nie jest już tak trudne i problematyczne jak było kiedyś.

Odwaga spoglądania w przeszłość, pozwala mierzyć się z teraźniejszością. Dziś, gdy napotykam na problemy, kryzysy czy nawet dramaty w swoim życiu, pomimo istnienia jakiejś wyuczonej w przeszłości reakcji lękliwego wycofywania się, to wystarczy, że sięgnę pamięcią do wydarzeń z Drogi. Szybko orientuję się, że siły i odwaga potrzebne do pokonania tego wszystkiego są mi dane. Wtedy właśnie doświadczam po raz kolejny tej samej wolności, którą przeżywałem w takiej obfitości na szlaku.

Wolność, którą daje Camino de Santiago (szczególnie takie Camino: samotne, rozległe, wysokie, długie, szerokie i głębokie) jest tym, za czym chyba najbardziej tęsknię i tęsknić nie przestanę. Kto choć raz przeżył taką lub podobną wędrówkę, ten doskonale wie o czym mówię. Staram się o tej wolności mówić za każdym razem, kiedy proszą mnie, bym gdzieś opowiedział o mojej przygodzie z Santiago. Rzeczywiście, w zasadzie cały mój wywód jest o podróży do grobu św. Jakuba. Ale zawsze opowieść swoją kończę stwierdzeniem, że tu nie chodzi o Santiago, o katedrę, grób czy piękno doświadczanego świata. Tu chodzi o Drogę do wnętrza siebie. Tym i chyba tylko tym jest prawdziwe Camino. Wszystko inne zdaje się być jakimś dodatkiem, otoczką (skądinąd ważną), która potrafi tak skutecznie przyciągać uwagę, że można nie zauważyć przepaści, która za nią się kryje, wołającej o to, by się w nią rzucić.

Po długim czasie milczenia chyba dojrzałem do tego, by w końcu usiąść i rozpocząć podsumowywanie wszystkiego, co wydarzyło się w przeciągu tych 110 dni marszu oraz w miesiącach następujących po powrocie do Polski. Nie da się tego opisać w jednym poście, dlatego ten jest pierwszym z wielu, zajawką czegoś większego. Postaram się napisać, czym jest wolność, za którą tęsknię, wolność od czasu i przestrzeni; jakie walki musiałem stoczyć z własnym ciałem, psychiką i duchem; jakie było i jest miejsce oraz rola wiary w tym wydarzeniu; w jaki sposób Bóg czuwał nade mną dając mi – swojemu dziecku – co jakiś czas „cukierki”, dowody swojej obecności; jak wyglądały kwestie praktyczne całej wędrówki, od sprzętu przez finanse po przygotowanie fizyczne oraz dlaczego powrót do normalnego życia sprzed wymarszu nie jest już możliwy. To tylko niektóre zagadnienia. Cały czas rodzą się we mnie refleksje i nowe spostrzeżenia, które domagają się zapisania i zapamiętania. Na razie niech to jednak wystarczy.

Do zaczytania już niebawem.