Grając świętym Franciszkiem

saintfrancisassisiwithalkamil15thcentury

Dzisiaj na portalu DEON.pl ukazał się komentarz x. Jacka Siepsiaka pt. Kto się boi papieża Franciszka?, w którym to stara się udowodnić wszystki dookoła, jak to nie tylko pewne środowiska "sekciarskie" (w domyśle chodzi zapewne o różnego rodzaju tradycjonalistów, wszak pada słowo "lefebryści"), próbują oczerniać i deprecjonować osobę oraz działalność Najwyższego Pasterza Franciszka. Jego tzw. św. Oburz (redakcja DEONu używając tego terminu, wskazuje na swego rodzaju patologię społeczną, czyli skłonność Polaków do oburzania się wszystkim i niczym jednocześnie – i chwała im za to!) wylewa się również dlatego, że dostrzega on ów "sekciarskie" działanie także w mediach krajowych i zagranicznych, sugerując, że jest to bicie piany przez zwolenników teorii spiskowych, by podnieść sprzedawalność swoich bezwartościowych – wszak upadających – produktów. Dość zręcznie manipuluje przy tym faktami historycznymi, co doskonale widać w pierwszym akapicie jego tekstu (zaraz po zajawce), gdzie wyciera sobie ręce osobą św. Franciszka z Asyżu. Zobaczmy zatem, jak to czyni.

"Gdy modne było ruszanie na muzułmanów do Ziemi Świętej, by z nimi skrzyżować miecze, topory lub pałki, św. Biedaczyna z Asyżu wyruszył w tamte okolice z misją pokojową. Chciał m.in. pogadać z sułtanem…" (proszę doczytać akapit do końca).

Co prawda, Biedaczynie z Asyżu nie można odmówić pokojowych zamiarów, ale twierdzenie, że poszedł on (wraz z V wyprawą krzyżową, a więc na czele uzbrojonych po zęby mężczyzn) do sułtana na ploteczki przy kawie ("pogadać z sułtanem"), to jakiś absurd. Św. Franciszek udał się tam w konkretnym celu, by nawrócić sułtana na chrześcijaństwo i o tym z nim rozmawiał (myślę, że każdy franciszkanin, który uważał na wykładach z historii swojego zakonu bardzo wyraźnie to potwierdzi). Niemożliwym jest, by człowiek, wielki reformator Kościoła, który bardzo dosłownie traktował Ewangelię (był i jest w tym niedoścignionym wzorem, to on reprezentował prawdziwy nurt sola scriptura, i zrobił to po tysiąckroć lepiej niż sam Luter i jemu podobni), robił wyjątek w kwestii nakazu misyjnego, który mówi, by iść i nawracać wszystkie narody (więc i muzułmanów). Jego spotkanie z sułtanem Melekiem el-Kamelem w 1219 roku nie było sielanką. Propozycja jaką złożył mu św. Franciszek, by odrzucił Mahometa na rzecz wiary w Chrystusa, była wielką obrazą dla przywódcy muzułmańskiego. Nie odbierając niczego z zalet św. Franciszka, sułtan w tym miejscu już dawno mógłby go skrócić o głowę. Nie zrobił tego. Sam z pewnością był człowiekiem wykształconym. Wykazał się opanowaniem oraz miłosierdziem właśnie i być może doceniając odwagę samego Franciszka, jego prostotę i pokorę pozwolił mu odejść w pokoju. Cukierkowe opowieści, że sułtan był oczarowany osobą Biedaczyny, można – tak uważam – włożyć do kosza. To była twarda rzeczywistość, krew lała się każdego dnia całymi strumieniami. Sam Franciszek oraz sułtan byli ludźmi twardo stąpającymi po ziemi, zaś święty wiedział, że idąc do niego ze swoją propozycją wchodzi w świat twardej polityki, dyplomacji oraz wielkiego ryzyka. Jedyną bronią jaką posiadał była bezgraniczna ufność i pewność w Boże miłosierdzie.

"A jednak krzyżowców już tam nie ma, a franciszkanie ciągle korzystają ze zgody wydanej przez sułtana i opiekują się chrześcijanami na tamtych obszarach".

Kolejne naciąganie prawdy. Wynika z tego zdania, że wizyta Franciszka u egipskiego sułtana zaowocowała wydaniem przez niego zgody na osiedlenie się i opiekę nad chrześcijanami na tamtych terenach. Święty wywalczył (tylko – w kontekście powyższego, oraz aż) "firman" – swego rodzaju żelazny list – który pozwalał mu i jego współbraciom na swobodne poruszanie się po terytoriach opanowanych przez muzułmanów, celem nawiedzenia miejsc świętych. Ponadto – niektóre źródła podają – że sułtan dzięki jego zabiegom przestał prześladować tamtejszych chrześcijan. Gdy chodzi o samą obecność franciszkanów na tych terenach, to kroniki wspominają, że pierwsi bracia zostali tam wysłani dwa lata wcześniej w 1217 roku. Śledząc historię Kustodii Ziemi Świętej, czyli jednej z prowincji zakonu, dowiemy się, że w 1229 roku dochodzi do osiedlenia się Braci Mniejszych w Jerozolimie. Ogólnie rzecz ujmując od XIII wieku mnisi otrzymali od władz muzułmańskich pozwolenie do swobodnego NAWIEDZANIA miejsc świętych (bez praw własności).

Gdy zaś chodzi o prawa własności to wcale nie św. Franciszek ale pieniądze i dyplomacja króla Neapolu Roberta Andegaweńskiego i jego żony Sancji skłoniły sułtana Egiptu Meleka en-Nasera Mohammeda w 1333 roku do przyznania franciszkanom Wieczernika oraz prawa do odprawiania nabożeństw w bazylikach Bożego Grobu w Jerozolimie i Bożego Narodzenia w Betlejem – jak czytamy na stronie samej Kustodii.

Podsumowując, cieszę się, że x. Jacek porusza problem jakim jest próba zniekształcenia przekazu ewangelicznego o Bożym miłosierdziu, a który niestrudzenie głosi papież Franciszek, ale nie mogę zgodzić się na manipulowanie faktami. Przepraszam za język jakim napisałem powyższe, który może być odebrany jako forma ataku, ale starałem się dotrzymać kroku Autorowi komentowanego tekstu.