Upominać z miłością i tylko z miłością

Upominanie

Każdy chyba się ze mną zgodzi, że miłość to najpiękniejsza sprawa na ziemi jaka tylko może człowieka spotkać. Nie pieniądze, nie sława, ni sukcesy. Wszystko to bez miłości jest niczym, jest marnością i gonieniem za wiatrem. Bez przeżywania prawdziwej miłości każdy człowiek w głębi serca będzie zawsze nieszczęśliwy, a samotność stanie się więzieniem – wydawałoby się – bez wyjścia. Nie trzeba być wielkim filozofem, czy wybitnym obserwatorem (choć obecnie nie jest to tak oczywiste), aby dostrzec, że polega ona m.in. na umiejętności dawana ale także i brania tego, co jest mi dane w darze. I bynajmniej nie jest to takie proste, jak się wydaje. Nie trzeba też mieć doktoratu, aby zrozumieć, że prawdziwa miłość pragnie odwzajemnienia, lecz nigdy nie będzie do tego zmuszać, gwałcąc wolność drugiej osoby.

To wszystko przynależy do natury miłości, lecz nie tylko to. Słowo Boże wskazuje nam dziś na jeszcze jedno, bardzo ważne zadanie wynikające z miłości, będące jej konsekwencją i wypełnieniem. Chodzi o upominanie, upominanie z miłością – cholernie trudne do wykonania szczególnie dziś, kiedy tak wielu z nas chodzi z głowami podniesionymi dumnie do góry, z zadartym nosem i przeświadczeniem, że wszystko wiem lepiej i na wszystkim znam się najlepiej. Taki człowiek, owszem, upomni, lecz będzie to robił z pozycji dominującej, niejako z góry, ze szczytu swojej pychy i zarozumiałości.

Już w czasach Starego Testamentu Izrael miał świadomość, że Bóg przemawia przez człowieka i że jest to Jego – nazwę to – zwyczajna droga objawiania swojej woli. Bóg mówi do Ezechiela: Ciebie, o synu człowieczy, wyznaczyłem na stróża domu Izraela po to, byś słysząc z mych ust napomnienia przestrzegał ich w moim imieniu. Prawdę tę potwierdził i utrzymał Chrystus. W dzisiejszej Ewangelii czytamy słowa stanowcze i mocne: idź i upomnij!. Jezus nie mówi, aby każdego kto grzeszy zostawić samemu sobie, jego własnemu sumieniu (być może spaczonemu); nie mówi, że każdy ma swoją prawdę i swoją moralność, że to nie twoja sprawa oraz abyś lepiej zajął się sobą. Dlaczego? Ponieważ tworzymy wspólnotę Kościoła, w której nie ma już żadnego „ja” lecz istnieje „my”, w którym wszystkie nasze „ja” się realizują. To „my” wypływa z miłości na której Kościół jest oparty, z miłości Chrystusa do nas i naszej do Niego i dalej z miłości jaka istnieje między nami. Prawo upominania wypływa z miłości i tylko z miłości. Skoro jestem w Kościele i kocham Kościół, czyli wszystkie jego członki – także te grzeszne – to mam również prawo, by upominać w imię Chrystusa, w imię miłości. Tylko miłość jest w stanie wiązać i rozwiązywać, nienawiść zawsze i tylko niszczy.

To dlatego św. Paweł tak mocno nawołuje do Rzymian: Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością! Wszelkie Prawo wypełnia się w miłości. Często narzekamy i psioczymy na Kościół, który wciąż stawia wymagania, zakazuje, nakazuje, ostatecznie de facto narzekamy na cały Dekalog. Na to jest tylko jedna odpowiedź, której udziela Apostoł Narodów: Albowiem przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj, i wszystkie inne – streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa.

Bywa, że odzywają się głosy mówiące: a co ja się tam będę wtrącał? Nie moja sprawa! Lubimy mieć święty spokój, bardzo jest to wygodne. Zero odpowiedzialności, zero wymagań, zero… miłości. I nawet nie przychodzi nam do głowy myśl, że moje upomnienie może stać się w uszach upominanego głosem Bożym, który – kto wie – pozwoli uratować jego duszę przed zatraceniem. Tego dowiemy się, gdy sami staniemy przed Stwórcą zdając rachunek z naszej miłości. A więc także z tego, czy potrafiliśmy z miłości upomnieć naszego brata lub siostrę, którzy grzeszą, nie zgadzając się w ten sposób na zło oraz nie zaniechując dobra, które z tego może wypłynąć.