Walka o Camino

tydzien pierwszy

Mija tydzień odkąd wyruszyłem w moją samotną pieszą wędrówkę do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Długo się do tego przygotowywałem. Większość z tego czasu przygotowania okraszona była pewną euforią, fascynacją i zniecierpliwieniem. Odliczałem dni, wciąż pytałem: "Kiedy nastanie ten dzień?". Punktem zwrotnym był dzień, w którym zadawałem egzamin magisterski, kiedy cały stres i strach z tym związany stał się tylko wspomnieniem. Wtedy tak naprawdę odkryłem, że autentycznie boję się tych moich planów: "To jest ponad 3000 kilometrów, idę zupełnie sam, a jeśli coś mi się stanie!? Po co właściwie tam chcę iść? Czego mi brakuje, że muszę pchać się w takie wariactwo…?". Nie znam odpowiedzi na te pytania. Do ostatniej chwili wahałem się, czy iść (nawet przeszedłem obok bloku, w którym mieszkam na wypadek, gdybym się rozmyślił). Wiem tylko, że to pragnienie wyjścia, które we mnie tkwiło, było silniejsze od tego lęku. W związku z tym wierzę, że podjęta droga przyniesie też jakieś odpowiedzi.

Ostatnie dni były ostrą walką przede wszystkim z własnym ciałem, które mocno buntowało się w obliczu takiego wysiłku. Zapewne potrwa ona jeszcze kilka dni, nim przyzwyczaję się do pewnych warunków. Czekam teraz na kolejny etap zmagań. Kiedy ból już tak nie doskwiera i nie zajmuje myśli, powoli dociera do mnie, że idę sam, tak fizycznie sam… nie ma do kogo nawet gęby otworzyć, by się wygadać. Jest to trudne lecz wiem, że mi potrzebne. Myślę wtedy o tych wszystkich, którzy mnie wspierają modlitwą, dobrymi myślami, czy zaciśniętymi kciukami; którzy kibicują mi i popychają dalej przed siebie. Myślę o powierzonych mi sprawach, które niosę do św. Jakuba, często sprawach najwyższej wagi, dotyczących życia i śmierci. Myślę o spotkanych po drodze ludziach, odbytych wielu szczerych rozmowach i ich wsparciu. Jest to ogromny kredyt zaufania, który zaciagnąłem i za który jestem także odpowiedzialny.

Każdy nosi w sobie ciężar własnej przeszłości, podjętych decyzji, popełnionych błędów, odniesionych sukcesów, poniesionych porażek… tajemnice nikomu nieznane. Każdy dźwiga w sobie rany przeszłości zadane w skutek mniejszych i wiekszych zdrad (popełnionych przez kogoś wobec mnie, jak i tych dokonanych wobec siebie samego). Tkwi w tym żal i często brak przebaczenia (z czym chyba każdy ma problem). Mam świadomość, że moje Camino będzie czasem mierzenia się z tym wszystkim, co we mnie woła o miłosierdzie i przebaczenie. Stąd utożsamiam się trochę z tą kobietą z dzisiejszej Ewangelii, która dwanaście lat cierpiała na upływ krwi (dosłownie uciekało z niej życie). W końcu gdzieś w tłumie z wiarą dotknęła się szaty Jezusa. Pan spostrzegł, że "moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a Ty pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się dalej, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości!".

Czesto boimy się naszych dolegliwości, tego, co zrobiliśmy. Ja także się tego boję. Dlatego idę spotkać się z Panem. Jak ta kobieta, zalękniony i drżący… idę upaść Mu do nóg i wyznać całą prawdę. Często posługujemy się powiedzeniem: "między Bogiem, a prawdą". Między Bogiem, a prawdą jest tylko miłosierdzie! Ona jest tego świadkiem.