Wolność od czasu i przestrzeni

Wolność od czasu i przestrzeni

Jeden z moich znajomych, Łukasz z Gdzie Indziej, który tak ja (a może ja, tak jak on?) w zeszłym roku szedł z rodzinnego domu do Santiago de Compostela w Hiszpanii, napisał swego czasu w jednej z relacji na Facebooku, że odległości nie mierzy już kilometrami lecz dniami. Zachwyciłem się tym i sam zapragnąłem, gnany jakimś średniowiecznym duchem romantyzmu, przeżyć taką właśnie wolność od… przestrzeni.

Mimo iż moje przygotowania do wymarszu były już wtedy na finiszu, wszelkie możliwe decyzje zostały podjęte, to wciąż szukałem na zewnątrz inspiracji czytając relacje tych, którzy już idą lub kiedyś na takiej drodze byli. Tym sposobem Łukasz Śledziecki (znany raczej jako Oli z Gdzie Indziej), Kajetan Suchecki, Tomasz Juras czy Piotr Drzewiecki (Caminodelavida) stali się trochę autorami mojej przygody. Jednak głównym jej Autorem był sam Bóg, któremu powierzyłem całą drogę oraz to wszystko, co przyjdzie mi przeżyć, doświadczyć i wszystkich, których spotkam.

Wolność, bo o niej chciałbym dzisiaj napisać, była tym co odcisnęło na mnie największe piętno i sprawiło, że wciąż rośnie we mnie tęsknota za drogą. Nie jest to taka wolność, która objawiła się nagle i powiedziała „rób co chcesz”. Przeciwnie, kolejne dni i tygodnie marszu stawały się wielką szkołą, w której to ja dojrzewałem do przeżywania własnej wolności. Niezwykle pociągający jest jednak sam sposób tego dojrzewania.

Dwa lata przygotowań, by wyruszyć w drogę, to czas właściwie wyjęty z życia. Praca po 12 i więcej godzin na dobę, studia, egzaminy, nieudolne próby pisania magisterki i w zasadzie brak życia towarzyskiego (sprawę ewidentnie ratowali moi przyjaciele i sąsiedzi). Potem przyszedł moment, by rzucić pracę, opuścić miasto, któremu wiele się zawdzięcza (kolejne już w moim życiu) i skupić się w rodzinnym domu nad zakończeniem studiów. Tym sposobem praca magisterska zdominowała moje życie aż do samej jej obrony. Pięć dni po niej założyłem plecak i po prostu poszedłem przed siebie. Było to niezwykłe ale i kłopotliwe ponieważ nagle wyszedłem z całego zabiegania, gonitwy i stresu, mozołu i trudu codziennego życia, spośród anonimowych tłumów, przyjaciół oraz znajomych i znalazłem się zupełnie sam pośród ogromnego świata, jego ciszy i spokoju, smagany wiatrem i ożywczym deszczem, a samotność była mi towarzyszką. Bałem się…

Pierwszym przejawem wolności było pozbycie się lęku, albo raczej opanowanie go i zrozumienie, że przede mną daleka droga, którą muszę pokonać w samotności. Później zaczęło dziać się coś, czego doświadczył wspomniany wyżej Łukasz, a co tak bardzo mnie zafascynowało. Planując każdego dnia kolejne odcinki, spoglądając na mapę przestałem sprawdzać odległości w kilometrach, natomiast określałem je w godzinach albo dniach marszu. Widząc w oddali miasto, stwierdzałem, że dotrę tam za dwie lub trzy godziny. Coraz mniejsze znaczenie miał także czas. Najpierw w odstawkę poszły dni tygodnia, które zlewały się ze sobą. Nie miało żadnego znaczenia czy jest poniedziałek, środa lub niedziela (o niej często przypominały mi bijące licznie dzwony kościelne – nie licząc Francji i Hiszpanii). Ale nie tylko to. Także podział czasu na godziny przestał spełniać swoją funkcję. Czas wyznaczały mi jedynie wschody i zachody Słońca. Nie zwracałem już zupełnie uwagi na zegar w smartfonie, czy napotykane gdzieniegdzie zegary miejskie.

Niesamowite przejście z życia w biegu na czas do życia w wolności od czasu. Przejście od przymusu do możliwości. Przejście do wolności, której smak już nigdy nie pozwoli o sobie zapomnieć. Wolności, której wspomnienie będzie rodzić wyrzuty sumienia, tęsknotę i motywację do walki o to, by choć w niewielkim stopniu swoje życie przybliżyć do tego, co się przeżyło. To właśnie między innymi o tej wolności mówię tym, którzy słuchają o moim Camino. Chcę, by i oni zatęsknili za nią, zapragnęli ją poznać. Wy także…