Wolność od ludzi – wolność samotności

Wolność od ludzi

Chyba najtrudniejsza z wolności z jaką przyszło mi się mierzyć przez całą moją wędrówkę, także wtedy, gdy wszedłem na zatłoczony szlak francuski w Hiszpanii. Wolność od ludzi ściśle związana jest z przeżywaniem samotności. To właśnie ona była tą rzeczywistością, która stanowiła dla mnie wyzwanie zanim jeszcze wyruszyłem na szlak. Budziła obawy, strach czasem przerażenie. Co gorsza… była czymś nieuniknionym.

Nie jest łatwo pewnego dnia założyć plecak i wyjść ze świata pełnego ludzi, z otoczenia rodziny i przyjaciół, znajomych i tylu obcych, ze społeczności w której się żyło, z którą się identyfikowało na pustynię samotności, miejsca, które pozwala uciec, odejść, opuścić wszystkich, za wyjątkiem jednej jedynej osoby – siebie samego (celowo pomijam teraz Boga, chodzi mi bowiem o fizyczną obecność). Pierwsze dwa, trzy dni były dość proste, byłem pełen energii, podekscytowany wielką przygodą, która się przede mną otwiera. Nie myślałem za dużo, a moim największym problemem było podejmowanie decyzji, którą drogą mam dalej podążać. Cieszyłem się wolnością w każdym jej znaczeniu, wszystko było takie nowe i takie piękne. Zaraz potem ostatecznie zamilkł mój odtwarzacz MP3, na którym miałem nagrane jakieś zaległe konferencje, przez lata odkładane na później. Wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Zaczęła panować cisza.

To ona stała się punktem zapalnym mojej wędrówki. Coraz częściej zacząłem spotykać osobę, którą znałem od ponad 25 lat, którą – jak mi się wydawało – znałem bardzo dobrze. A jednak był mi to ktoś poniekąd obcy. Zacząłem spotykać siebie. Znów dobitnie przekonałem się o tym – co przecież od lat powtarzam – że każdy kto mówi, iż zna siebie, jest kłamcą. Dopiero w ciszy samotności okazało się jak wiele problemów, sprawi i wydarzeń znajduje swoje właściwe rozwiązanie poza sferą języka, muzyki, czy dźwięku. To cisza pozwala tak naprawdę, dogłębnie wejść w samego siebie i sięgnąć korzeni, tego, co stanowi moje „ja”. W ciszy odnalazła mnie Osoba, która towarzyszyła mi jakoś przez całą dalszą wędrówkę, ucząc mnie o tym, kim jestem. Trudne to były lekcje…

Wciąż jednak pozostawał problem samotności, która często potrafiła dać nieźle w kość. Owszem, spotykałem czasem po drodze jakichś ludzi, wdawałem się w rozmowy, tak wielu towarzyszyło mi przecież dzięki mediom społecznościowym. Ale to były tylko "suplementy", przebłyski tego za czym się tęskni i czego się pragnie – bliskości. Z biegiem czasu, gdy kolejne kilometry stawały się wspomnieniem, zacząłem się z nią oswajać albo raczej, to ona oswajała mnie. Na nowo zacząłem rozumieć słowa piosenki Michała Bajora „Dokąd przed nią uciekasz”, w której śpiewa:

"To ona,
Bliższa niż myślisz,
Jej adres ty jeden znasz.
Zostanie z tobą 
Do końca.
Jest wszystkim,
Wszystkim co masz.

To bez niej 
Jesteś wędrowcem,
Co zgubił się w gąszczu dróg
Na końcu świata cię znajdzie,
Byś wrócić
Do siebie mógł.

To ona,
Twoja samotność,
Twój Anioł Ciszy,
Twój cień,
Spokojna przystań
I odchłań.
Jest lustrem,
Źródłem i snem."

Do tego stopnia samotność stała się mi towarzyszką, że gdy zbliżałem się już do Santiago dołączyłem do dwóch tzw. rodzinek, grup zupełnie obcych sobie ludzi na Camino, którzy łączą się i razem podążają do celu swojej wędrówki. Jednakże nie potrafiłem w nich pozostać na dłużej niż dwa dni. Z jednej strony serce się mocno przywiązywało, tak że na samą myśl o opuszczeniu tych osób łzy napływały do oczu z żalu, z drugiej jednak strony było we mnie bardzo silne ponaglenie, które wciąż domagało się: „Zostaw już! Idź dalej! Jeszcze nie czas!”.